Tempera. do domu. zużytej sukni świeży wygląd. Znów wytarła spocone ręce w spódnicę, na chwilę zapaliła usłyszy. Karl zadzwonił wieczorem, wiedząc, że był to pierwszy dzień Odłożyła obraz na krzesło i dalej przeszukiwała pudło. Nie miała wątpliwości, co wydarzyło się w zamku. - Myślisz o seksie? A potem, prawie szlochając, odwróciła się i odeszła Nie odwróciła się. Zawsze starała się mieć ostatnie słowo, sensu robić czegokolwiek, odkąd wyczytała w oczach Zuzanny, że ta Aż się prosiła, by jej użyć. Matthew westchnął, wyciągnął z pudełka dużą chustkę i wytarł
- Może przestałeś być sobą i tylko udajesz siebie - powiedział spokojnie Mały Książę. - Ale, jeśli zechcesz, możesz - Ja też. - To na co pan czeka? A tu nagle pojawił się Jego Wysokość. A może się my¬liła? Przecież nie znała się na tym zupełnie. Może to ad¬mirał? Ale czy zostaje się admirałem już w okolicach trzy¬dziestki? znalazł to - podniósł torbę. - Nie chciał brać udziału w ukrywaniu mordercy. Obiecał pełną współpracę. Przeszukaliśmy jego dom wzdłuż i wszerz, ale to wszystko, co znaleźliśmy z rzeczy Watkinsa. Wygląda na to, że gdy się pakował, zgubił ten but. A teraz złe wieści. Wciąż jeszcze nie udało nam się odnaleźć Klapsa. Kiedy zda sobie sprawę ze zguby, zrozumie, że to koniec i że nie ma nic do stracenia. Może próbować zabić kolejnego Hoyle'a. - Mógł zabić Chrisa wtedy, na drodze. - Nie. Chciał go najpierw nastraszyć. Typowe dla Watkinsów. Jeden z jego przyszywanych braci, o ile pamiętam, prześladował swoją byłą dziewczynę całymi miesiącami, grożąc jej śmiercią, zanim naprawdę odważył się cokolwiek zrobić. Poza tym, Klaps nie posunąłby się do żadnych drastycznych czynów w obecności Becka. Co zaś do jego wizyty w pokoju Sayre... cóż, powiedzmy, że naprawdę się cieszę, iż znaleźliśmy ten dowód po, a nie przed jego odwiedzinami, inaczej naprawdę mógłby ją skrzywdzić. W każdym razie, Watkins dostanie czapę za Danny'ego. Pewnie wpadnie na to, że nie mogą mu wstrzyknąć trucizny dwa razy, więc równie dobrze może zabić znowu. W związku z tym, czy chcesz, żebym przysłał tutaj policjanta? - Sam o siebie zadbam. - Obawiałem się, że to powiesz. - Chciałbym, żeby ten gnojek przyszedł. Wtedy bym się z nim rozprawił. - Tego też się obawiałem i właśnie z tego powodu wolałbym zainstalować tu jednego z moich ludzi. Dla ochrony twojej i Watkinsa. Uważaj Huff. Nie mamy do czynienia z krnąbrnym chłopczykiem. Klaps był złym i agresywnym człowiekiem jeszcze przed Angolą, a stamtąd wyszedł jeszcze gorszy, choć niezbyt mądry. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie zniszczył ubrania, które miał na sobie w niedzielę. - Nie pamiętam, żeby którykolwiek ze znanych mi Watkinsów grzeszył inteligencją. - Prawdopodobnie właśnie głupota go zdemaskowała. Pewnie gdybyśmy mu dali wystarczająco długi sznur, sam by się na nim powiesił. Naprawdę mi przykro z powodu twojego przedsiębiorstwa, Huff - dodał. Sposób, w jaki szeryf niespodziewanie przeszedł z jednego tematu w drugi, sprawił, że Huff zaczął się zastanawiać, w którym momencie Rudy przestał mówić o Klapsie Watkinsie, a zaczął o nim. Czyżby nawet ten schorowany starzec stracił do niego zaufanie? - Wrócimy do pracy, nim zdążysz się zorientować - powiedział. - Nic mnie nie powstrzyma, Rudy. Powinieneś o tym wiedzieć. Szeryf Harper wpatrzył się w trawnik. - Cieszę się, że mamy ten dowód przeciwko Klapsowi - odezwał się po długiej chwili milczenia. - Jeżeli krew na bucie okaże się krwią Danny'ego, sprawa zostanie zamknięta. Powiem ci, Huff, zacząłem się już martwić, że może Chris... no... Spoglądali na siebie przez jakiś czas. Wreszcie szeryf rzekł cicho: - Jest jeszcze to - z kieszeni na piersi wyciągnął kopertę i położył ją na małym stoliku między fotelami. - Co to? - Informacja, którą miałem dla ciebie zdobyć. O Charlesie Nielsonie. - Czego się dowiedziałeś? - Wszystko jest tam napisane. - Coś dobrego? Ile za to chcesz? Rudy nie odwzajemnił uśmiechu Huffa. - Nic, Huff. To na mój koszt. - Chyba zostanę, nie widzę innego wyjścia. - Nie miałbyś ochoty wyruszyć w podróż? - Czego? - Nie mów tego, co chciałeś powiedzieć. Nie flirtuj ze mną. Nie odciągniesz mnie w ten sposób od tematu. Szczerze powiedziawszy, jestem rozczarowana tym, że uważasz mnie za aż tak frywolną osobę. - Frywolną? Chyba tak frywolną, jak pociąg po wypadku. - To również nie jest pochwała. - Nie mogę wygrać, co? Kiedy próbuję cię komplementować, oskarżasz mnie o flirtowanie i rozpraszanie twojej uwagi. Skończmy z tym słownym pojedynkiem. Dlaczego nie powiesz prosto z mostu, o czym myślisz? - Ponieważ ci nie ufam. Beck uniósł jedną brew. - Faktycznie, trudno wyrazić się jaśniej. - Mógłbyś wykorzystać to, co ci powiem, do własnych celów. - A jaki dokładnie jest mój cel? Powiedz mi. - Wybronienie Chrisa z morderstwa. Znowu - rzuciła szorstko. Wytrzymał jej spojrzenie przez dłuższą chwilę, zanim odparł: - Prokurator nie zdołał udowodnić, że Chris zabił Gene'a Iversona. - Natomiast obronie nie udało się udowodnić, że faktycznie tak nie było. Wiem od kogoś bliskiego Danny'emu... - Kogo? - Tego nie mogę zdradzić. Ta osoba powiedziała mi, że Danny zmagał się z jakimś poważnym dylematem moralnym, wyrzutami sumienia. - Danny był wzorem cnót. Składał ofiary, chodził do kościoła, gdy tylko mógł. Od kiedy przyłączył się do kongregacji, nie wypił nawet jednego piwa. Z jakiego powodu miałby mieć nieczyste sumienie? - Zdaniem tej osoby, Danny zamartwiał się czymś znacznie poważniejszym niż picie piwa. Może chodziło o sprawy związane z odlewnią, o coś nielegalnego. Cokolwiek to było, pożerało go żywcem. Myślę, że chciał zrzucić z siebie ten ciężar, oczyścić się, uwolnić. Chris bał się, że Danny rzeczywiście to zrobi, więc go zabił. Beck wpatrywał się w Sayre przez chwilę, potem wstał i podszedł do balustrady. Oparł się o poręcz i spojrzał przed siebie. Sayre widziała to samo, co on - bladą poświatę nad wierzchołkami drzew, rozpościerającą się nad fabryką, którą oświetlały lampy, zapalające się automatycznie po zmierzchu. Nad horyzontem wisiał wszechobecny dym, nieruchomy przy bezwietrznej pogodzie. Wydawał się żywą istotą, symbolem dominacji tej rodziny i nieustającą groźbą dla każdego, kto śmiałby kwestionować prawa Hoyle'ów o panowanie nad ich królestwem. - Naprawdę się na nich zawzięłaś. - Uważasz, że oskarżanie własnego brata o morderstwo sprawia mi przyjemność? Wyprostował się, odwrócił do niej, opierając się biodrami o balustradę i krzyżując ręce na piersi. - Zaczynam tak podejrzewać. - Mylisz się. Nie chcę nawet myśleć o tym, że Chris byłby zdolny do takiego czynu, ale, niestety, muszę. Zabijanie to nasza rodzinna specjalność. - O czym ty mówisz? - Huff zabił człowieka i uszło mu to na sucho. - Aha. Najpierw Chris, a teraz Huff. - Beck potrząsnął głową z niedowierzaniem. - Nigdy się nie zatrzymujesz, prawda? Bardzo cię proszę, nie wciągaj mnie w tę swoją prywatną wendetę. - Podszedł do drzwi, otworzył je i gestem kazał psu wejść do środka. Obita siatką zewnętrzna - Jest jeden. Najważniejszy. To moja rodzina. - Z de¬terminacją podeszła do limuzyny, otworzyła przednie drzwi, rzuciła plecak na podłogę i zajęła miejsce obok szofera. - Henry może mnie potrzebować. Najpierw muszę go zobaczyć, bez tego niczego nie podpiszę. Albo więc zawiezie mnie pan do Sydney, albo złapię okazję. Co pan woli? - Jak to się stało, że z współuczestnika bójki między Watkinsem a moim starszym bratem stałeś się głównym prawnikiem firmy Hoyle Enterprises? Ile czasu minęło od tamtego wieczora w Razorbacku, zanim Huff cię zatrudnił? - Zrobił to, jak tylko wyleczyłem się z kaca - zaśmiał się. - Chris zaprosił mnie na kilka dni, na ryby i tym podobne. I najwyraźniej domyślił się, że nie byłem zbyt szczęśliwy w firmie prawniczej, w której wtedy pracowałem. Gdy moja wizyta dobiegała końca, Huff złożył mi propozycję, której nie mogłem odrzucić. Przeprowadzka nie była dla mnie problemem. Nie pojawiłem się w Destiny z zamiarem pozostania tutaj, ale nie była to zbyt trudna decyzja. Mówiąc to, zanurzył palce w gęstej sierści Frita i bezmyślnie głaskał go po szyi. Pies zamknął oczy. Wydawał się pijany ze szczęścia. Zapytała, co stało się z Calvinem McGrawem, który był prawnikiem Huffa, od kiedy pamiętała. Beck Merchant zajął jego miejsce. - Pan McGraw odszedł na emeryturę. - Raczej Huff go na nią odesłał - odparowała. - Nie znam szczegółów układu, ale jestem pewien, że Huff zaoferował mu atrakcyjny pakiet emerytalny. - Och, oczywiście. Cena milczenia pana McGrawa musiała być wysoka. - Milczenia? - O tym, że przekupił ławę przysięgłych podczas procesu Chrisa. Palce Becka przerwały bezmyślny taniec. Powoli odsunął rękę od szyi Frita. Pies zapiszczał w proteście, ale jego właściciel zdawał się tego nie zauważać. Całą uwagę skupił na Sayre. Podszedł do niej powoli i stanął tak, że uwięził ją pomiędzy sobą i samochodem. - Proszę się odsunąć - wzdrygnęła się Sayre. - Za chwilę. - Co to ma oznaczać? - Wyznanie. Okłamałem cię. - Tego akurat mogłam się spodziewać. Kiedy dokładnie i w jakiej sprawie? - W sprawie komara. Wpatrywała się w niego, nic nie rozumiejąc. - Dziś po południu, nad rozlewiskiem, kiedy strąciłem dłonią komara z twojego policzka, pamiętasz? Nie było żadnego komara, Sayre. Po prostu chciałem dotknąć twojej twarzy. Nie dotykał jej teraz, ale wpatrywał się w nią tak intensywnie, że jego wzrok na swojej twarzy odczuwała niczym muśnięcie palców. Nie powinien stawać tak blisko. Nie zachował dystansu, jak przystało między dwojgiem nieznajomych. Wywołało to w Sayre niemal fizyczny dyskomfort. Było zbyt duszno i parno, by dwoje ludzie mogło stać tak blisko, czując ciepło promieniujące z ich ciał i niemal odbierając sobie powietrze. - Nie przypominam sobie - skłamała. Odepchnęła go i ruszyła w kierunku swojego samochodu, zaparkowanego niedaleko. Zanim doszła do auta, Beck zrównał się z nią. Chwycił ją za ramię i odwrócił tak, aby spojrzała na niego. - Po pierwsze, pamiętasz i to jeszcze jak. Po drugie, rzuciłaś dziś wieczorem kilka poważnych oskarżeń. Zasugerowałaś, że Chrisowi udało się wywinąć od kary za morderstwo, a potem oskarżyłaś swojego ojca o to, że przekupił ławę przysięgłych. To poważne przestępstwa. - Podobnie jak manipulowanie dowodami. Beck uniósł ręce. - Zgubiłem się. - Wtedy pomyślałem, że on też chyba jest dziwnym dorosłym... Mark zamrugał oczami, jakby próbował się upewnić, czy nie śni. - Mój drogi, to nie tak. Nie bój się nie jestem i nie będę baobabem czy wulkanem. Chyba, że zechcesz, bo ja mogę - Czy wielu ma pan przyjaciół? - zapytał bardzo wolno Mały Książę.
©2019 do-polski.elk.pl - Split Template by One Page Love